Luberadz

Historia Luberadza

Administrator Odsłony: 9911

Luberadz


Luberadz to wieś położona nad rzeką Łydynią w gminie Ojrzeń w południowej części powiatu ciechanowskiego. Miejscowość liczy obecnie ok. 250 mieszkańców. W roku 1955 zniesiono gminy a w ich miejsce stworzono gromady. Na terenie obecnej gminy Ojrzeń znajdowały się gromady w Ojrzeniu, Kraszewie, Młocku, Nowej Wsi i w Luberadzu. Dziś Luberadz pełni jedynie funkcję sołectwa. Uwagę w tej miejscowości skupia zabytkowy klasycystyczny pałac, z którym wiąże się historia wsi.

Pierwsza wzmianka o miejscowości pochodzi z ok. 1240 roku, następna z 1406. W owych wzmiankach i źródłach historycznych występują kolejno następujące nazwy: Luboracz, Luboradz, Magna Luboracz, Luboracz Maior, ostatecznie-Luberadz. Nazwa miejscowości utworzona została od imienia Luborad, może Lubosław. Ziemie te były własnością biskupstwa płockiego, później należały do szlachty. W 1448 roku wspomniany jest Stanisław z Luberadza – student Uniwersytetu Krakowskiego. Z kolejnych znamienitych obywateli  wymieniony jest Stanisław Dembowski - chorąży Zakrzeński, który ufundował w 1773 roku drewniany kościół parafialny w Gromadzynie (obecnie wieś w parafii Sochocin).  Do 1798 roku dziedzicem był Józef Dębowski, po nim Eleonora Zielińska, Monika Dunklowa i Marianna Topińska, później siostry Dębowskie, w 1815 roku- Antoni Topiński, w 1838 roku licytację o dobra Luberadzkie wygrali Aleksander i Wiktoria Karscy. Majątek był jednym z bogatszych w okolicy, obejmował ogromny pałac z parkiem, gorzelnię, browar, cegielnię, fryszerkę, smolarnię i karczmę. W 1880 roku Luberadz dwór i wieś liczyły 299 mieszkańców. W skład dóbr ziemskich Luberadz wchodziły: Luberadzyk, Kałki, Ostrowo-Budy oraz Przyrowa. Kolejnymi właścicielami byli: Rościszewscy, Dzierżanowscy, po nich Dawid Waldenberg. Ostatnimi właścicielami byli Piechowscy herbu Leliwa, którzy zarządzali Luberadzem od 1897 roku do początku II wojny światowej . Własnością Piechowskich był również pobliski Malużyn i Dziektarzewo nad Wkrą. Dziedzic Kajetan Piechowski (1859-1931) był osobą szanowaną przez miejscową ludność, ponieważ swój majątek utrzymywał w dobrym stanie i szanował swoich poddanych. Był działaczem społecznym i posłem do II Dumy. Był też sędzią w zarządzie głównym Związku Ziemian w Warszawie. W Luberadzu wybudował szkołę i dawał fundusze na jej utrzymanie. Pochowany jest na cmentarzu w Dziektarzewie. Na wspomnienie zasługuje także żona Kajetana - Aniela z Gniazdowskich Piechowska (1869-1938). Była osobą wykształconą, znała biegle język francuski i niemiecki. Wiele podróżowała za granicę, była m.in. w Afryce. Grała na fortepianie, malowała i lubiła pracować w ogrodzie. Wśród miejscowej ludności zapisała się w pamięci jak bezinteresownie udzielała opieki medycznej potrzebującym. Kajetan Piechowski wraz z żoną Anielą mieli dwóch synów: Karola i Jana, dlatego też majątki zostały podzielone. Kajetan wraz z żoną zamieszkał w drewnianym dworze w Dziektarzewie. W 1916  roku  synowi Janowi dał w posiadanie Malużyn, Karolowi - Luberadz. Karol (1888-1974) uczył się wraz z bratem w Szwajcarii, ukończył gimnazjum we Fryburgu, a następnie w 1912 roku rolnictwo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Interesowała go sztuka, stara architektura, historia wojen. Jego idolem był Napoleon. Miał dużą bibliotekę i kolekcję białej broni. Brał udział w wojnie obronnej w 1920 roku. Za czasów jego urzędowania obszar dóbr ziemskich wynosił 1500 hektarów.  Majątek w Luberadzu prowadził wzorowo, jednak II wojna światowa doprowadziła do jego upadku.

Wydarzenia wojenne  rozegrane w Luberadzu  upamiętnił w swojej książce pt „Aleja starych grabów” Jerzy Piechowski - syn Jana Piechowskiego.

„Z ciężkim zgrzytem gąsienic sunęły przez wieś czołgi. Czerwona gwiazda na ich kadłubach przesuwała się wolno wzdłuż chat, których okna wydawały się ślepe i martwe: nie pokazała się w nich niczyja twarz, nie poruszyły się zasłaniające wnętrza firanki. Podobnie puste i martwe były podwórza.(…)Wieś zdawać się mogła bezludną. Nastawione do strzału automaty celowały w głąb okien i w podwórza… nie padł wszelako ani jeden strzał. Czołgi minęły szkołę na głucho zamkniętą, sunęły dalej, aż dotarły do bramy parku. Brama była również zamknięta, więc pierwszy czołg wykonał połowę obrotu i uderzył z mocą w metalową kratę. Brama runęła… i kolumna czołgów wjechała w wysadzaną z obu stron starymi grabami aleję. (…)U wylotu alei widniał przesłonięty przez gałęzie drzew pałac. Wszędzie było cicho, martwo, prószył drobny śnieg… Timofiejew (żołnierz rosyjski) wraz z pięcioma innymi żołnierzami zaczął zataczać wokół pałacu koło… zajrzeli do okien, zbadali wzrokiem nie zamieszkałe wnętrza, obrazy na ścianach, meble. Bojcy otoczyli miejscowego człowieka, który wynurzył się z dwóch stojących opodal podłużnych zabudowań z czerwonej cegły. Człowiek wyjaśnił, że jest stróżem pozostawionym do pilnowania budynków oraz parku. Okazało się, że właściciel majątku opuścił pałac wraz z żoną i córką, jeszcze zanim przybliżył się front. Dokąd się oni udali, tego stróż nie wiedział. Do przesłuchania wtrącił się politruk - mały, chudy, nerwowy, w randze kapitana, w okularach na nosie, w powalanym smarem waciaku.

- Jak nazywa się wasz pamieszczik (dziedzic-RD) obywatelu dozorco? - spytał po polsku cichym głosem.
- Karol Piechowski – odpowiedział stróż.
- A wy, obywatelu dozorco jak się nazywacie?
- Matczak – odparł stróż.
Panowie się skończyli. Idźcie wy zaraz na wieś i to ludziom powiedzcie. Mogą tu przyjść wszyscy i brać, co się komu podoba. Wszystko jest wasze, należne prawem, ciężko zapracowane. Lenin powiedział: grabić zagrabione (…)
- Ta wieś i majątek jak się nazywa? - spytał politruk.
- Luberadz - odparł przesłuchiwany.

Tymczasem  załogi czołgów zeskoczyły na ziemię i wraz z majorem i częścią piechurów udały się do czworaków z czerwonej cegły. Inni rozpełzli się po parku tudzież zabudowaniach gospodarczych z dala od pałacu, gdzie rozpościerały się stawy i pokryta śniegiem gładka pusta przestrzeń. Oglądali stajnie, skąd dawno wyprowadzono konie, zwiedzili gorzelnię, gdzie w doskonałym porządku stały urządzenia czekając na znak, by znów rozpocząć pracę, po czym skupili się na czworakach, gdzie na rozkaz majora założono kwaterę. Prócz stróża zamieszkiwała tam rodzina fornali, która trwożnie schodziła bojcom z drogi. Timofiejew w swym marszu wyrżnął kolbą w szafkę wiszącą nad kuchnią, aż drzwiczki wyleciały z zawiasów i szkło się posypało. Ponieważ inni bojcy czynili podobnie, wkrótce wnętrze czworaków zmieniło się w ruinę. Do jednego z tych budynków dla służby folwarcznej przeniesiono przed wyjazdem właścicieli pałacową bibliotekę. Książki leżały ułożone w sterty od podłóg do sufitu, zajmując dwie izby. W czworakach panował ziąb, piece i kuchnie wystygły, przeto major objął spojrzeniem opasłe tomy, skórzane oprawy i wycedził przez zęby jedno słowo – Dawaj! Ogień szybko rozgorzał, rozpalono również ognisko u wejścia do czworaków, bojcy sprawnie odrywali okładki, darli karty, wynosili książki naręczami, rzucali je w paleniska.”

Na kolejnych stronach książki Jerzy Piechowski ukazuje barbarzyńskie splądrowanie Luberadzkiego pałacu dokonane przez żołnierzy radzieckich i niektórych obywateli z miejscowej ludności. Niektórzy z nich robili to myśląc o wzbogaceniu się kosztem zdobytych sprzętów, niektórzy jednak okazali się uczciwi wobec Piechowskich - zabrali sprzęty po to, by po powrocie oddać je właścicielom. Nielojalny wobec właścicieli okazał się również stangret Piechowskich, który zamiast pilnować majątku sam współuczestniczył w jego rabowaniu.

„Timofiejew patrzył jak tłum, powoli wsysany przez ciemny otwór wejścia, wreszcie znika, zaś pałac zaczyna się ożywiać, migają w oknach sylwetki, zrazu na parterze, potem na piętrze… Rozwierają się okna i oto na śnieg spada pierwszy przedmiot - sekretarzyk z epoki Dyrektoriatu roztrzaskał się na kawałki. W ślad za nim zaczęły lecieć inne meble: biurka, konsole, komody, a także przedmioty nieznanego bojcom przeznaczenia. Z hukiem runęło lustro. Rzucony obraz wyskoczył z ram. Po jakimś czasie wieśniacy zaczęli jeden po drugim wychodzić z pałacu obładowani, czym się dało, dźwigając naręcza tkanin, wazony, dywany. Zaczęto ciągnąć po śniegu wyrzucone z okien meble, zajechały sanki, ułożono na nich komodę i kilkoro krzeseł.  Wreszcie zjawił się stangret taszcząc w obu rękach toboły.”

W książce „Aleja starych grabów” zawarte są również opisy ówczesnego wyglądu wnętrza pałacu w czasie rabunku, a także tuż po nim, gdy powrócili do Luberadza Piechowscy.

„Timofiejew trafił na schody. Wspiął się nimi do góry... minął niewielki gabinet na piętrze, gdzie pozostał tylko otwarty fortepian oraz na ścianie kolorowy sztych przedstawiający parę pasterzy ze stadem owieczek wśród antycznych ruin - i stanął olśniony. Rozwarła się oto przed nim przestrzeń sali balowej powiększona jeszcze trzema ogromnymi lustrami biegnącymi od pawimentu prawie pod sufit, w złotych ramach wyciętych w półkole, każde z nich zamknięte parą jońskich kolumn. Ze stropu zwieszały się trzy świeczniki, do których kombat trzykrotnie strzelił z pistoletu właśnie w chwili, gdy Timofiejew wszedł. (…) W magazynie gorzelni odkryto schowane tam zapasy. Do Sali balowej wtoczono kadź z wódką, bojcy raz po raz czerpali w manierki jej zawartość. Timofiejew na końcu sali odkrył kominek, nad nim na ścianie malowidło. Fresk przedstawiał kobietę potężnej budowy, dźwigającą na plecach śliczne bambino uwieszone do jej ramienia.”

„Gdy Krystyna (córka Karola Piechowskiego) wróciła do Luberadza, ogarnęła ją rozpacz. Wszystko się jej wydało sponiewierane i obrócone w ruinę. Doznała osobliwego uczucia przekraczając rozbite drzwi pałacu - tuż za drzwiami bowiem widniał na kamiennej posadzce wykonany w mozaice napis Salve. Pokryty teraz błotem i brudem wciąż zachęcał gościnnie do wejścia w progi szlacheckiego domostwa, co brzmiało teraz ironicznie wobec zniszczeń, jakie poczynili ostatni przybysze. Pod wieczór zaczęli zgłaszać się chłopi. Niektórzy odnosili zrabowane przedmioty, tłumacząc, że kazano im splądrować pałac, przechowali je więc i uchronili. Inni nie przyznawali się do złodziejstwa, niemniej jednak wieś pozostała życzliwa… Krystyna wraz z rodzicami zamieszkała w czworakach, w tej części, która uległa najmniejszemu zniszczeniu. Ściągnięto z pałacu meble, które się jeszcze uchowały. Następnego dnia Krystyna pobiegła w te miejsca parku oraz pod balkonem w prawym skrzydle pałacu, gdzie ojciec przed wyjazdem ukrył pojemniki z najcenniejszą porcelaną, biżuterią oraz dokumentami. Miejsca te wydawały się nie ruszone.”

„Krystyna… zeszła pewnego dnia w głąb piwnic w Luberadzu. Wysokie sklepienia korytarzy ciągnęły się pod ziemią daleko poza obręb pałacu, zapuszczając pod park odnogi, były niby fragment miasta, skąd zniknęły domy, a pozostały jedynie ulice. Pomyślała wówczas, że owe osobliwe rozległe lochy, nie wiadomo gdzie się kończące, ukryte przed oczami ludzi, istniały, zanim zbudowany został pałac, sala balowa, pokoje, gabinety i będą istnieć nawet wtedy, kiedy tamte pomieszczenia na górze się rozpadną, ponieważ nikomu nie przyjdzie do głowy przebudowywać je albo burzyć.”

Stwierdzenie, że od pałacu biegły podziemne tunele nie jest bezzasadne, gdyż nawet starsi przedstawiciele miejscowej ludności o tym wspominali. Prawdopodobnie jeden z tuneli prowadził do lasu we wsi Kałki, za rzeką Łydynią, jednak nie ma na to jednoznacznych dowodów. Wyjście z tego tunelu miało znajdować się przy murowanej kapliczce w lesie, która istnieje do dnia dzisiejszego. Można przypuszczać, że tunel miał być drogą ucieczki z pałacu w razie ataków wojennych. Powyższe fragmenty są zaledwie małą częścią historii luberadzkiego pałacu, Jerzy Piechowski poświęcił okolicznym miejscowościom cały ostatni dział swojej książki. Krystyna Piechowska po powrocie zajęła się nauczaniem miejscowych dzieci, w pałacu wraz z rodziną urządziła salę lekcyjną. Piechowscy nie pozostali na długo w Luberadzu, gdyż płynęły pod ich adresem groźby ze strony ówczesnych ubeków, których prawdopodobnie sprowadził zdradziecko do Luberadza dawny stangret. Rodzina Piechowskich wyjechała do Łodzi i tam zamieszkała.

Warto wspomnieć także o autorze „Alei starych grabów” - Jerzym Piechowskim, bo to dzięki niemu zachowało się wiele faktów z przeszłości pałacu. Jerzy Piechowski był synem dziedzica malużyńskiego - Jana.  Urodził się 31 marca 1931 roku w Płocku. Był pisarzem, publicystą, tłumaczem, kolekcjonerem i koneserem sztuki oraz brał udział w wielu audycjach radiowych i telewizyjnych. Z wykształcenia filolog klasyczny. Mieszkał w Warszawie, gdzie zmarł 12 stycznia 2003 roku. Piechowscy z Luberadza byli potomkami Józefa Piechowskiego - szambelana ostatniego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Należy zwrócić uwagę również na dzieje i architekturę Luberadzkiego  pałacu, który jest niemym świadkiem wyżej opisanych wydarzeń. Pałac pod względem architektonicznym jest uważany za jeden z najciekawszych tego typu na Mazowszu. Wcześniej na miejscu pałacu stał dwór. Dopiero w 1789 roku Józef Dembowski-  chorąży Zawkrzeński wybudował obecną rezydencję, według projektu uznanego architekta Hilarego Szpilowskiego (1753-1827). Szpilowski był również autorem projektu pałacu w Walewicach, Małej wsi, Rudnie, Słubicach i dworu w Tułowicach. Klasycystyczny pałac w Luberadzu ma powierzchnię użytkową 528,4 m2 i kubaturę- 6340,8 m3. Uwagę zwraca lekkie załamanie elewacji budynku, które odzwierciedla się również w czterospadowym dachu. Centrum elewacji stanowi portyk zwieńczony trójkątnym frontonem wspartym na czterech jońskich półkolumnach. Skrajne ryzality ozdobione są pilastrami. Półkolumny i pilastry dźwigają belkowanie i gzyms zewnętrzny obiegające cały budynek. Okna w portyku i ryzalitach oraz wejście główne zwieńczone trójkątnymi czółkami na konsolach. Widok pałacu od strony ogrodu jest zaskoczeniem, bowiem budowla ma nieregularny kształt. Tu pałac tworzą dwie zestawione ze sobą pod kątem rozwartym bryły. W obu znalazły się charakterystyczne dla architektury Szpilowskiego loggie: narożna, wsparta na jednej wysokiej jońskiej kolumnie i druga dwukondygnacyjna. Obie skierowane są na malowniczą dolinę rzeki Łydyni. Położenie pałacu nie w centrum parku lecz na skarpie nad Łydynią miało uwrażliwić obserwatora na piękno otaczającego krajobrazu.

Materiał, z którego utworzono budowle to przede wszystkim czerwona cegła i polne kamienie (mury piwnic). Ściany nośne z cegły i zaprawy wapiennej, natomiast ściany działowe były drewniane i pokryte wapiennym tynkiem. Drewna użyto także do budowy stropów i konstrukcji dachowej. Czterospadowy dach kiedyś pokryty był dachówką jednak podczas ostatniego remontu w latach 90. zastąpiono bo blachą. Ciekawie prezentowało  się również wnętrze Luberadzkiego pałacu. Piwnice usytuowane były w środkowej części budynku, zawierały  prostokątne pomieszczenia połączone otworami drzwiowymi bądź wąskimi przejściami.

Parter pełnił funkcję mieszkalną pałacu, tu toczyło się życie dnia codziennego mieszkańców. Od strony wejścia znajdowała się sień z zaokrąglonymi narożami. Głowna klatka schodowa w kształcie połowy elipsy prowadziła na I piętro. Druga klatka schodowa znajdowała się w południowo-wschodniej części budynku, miała kształt owalny i prowadziła na poddasze. Trzecia klatka schodowa na planie prostokąta znajdowała się od strony zachodniej. Ściany pomieszczeń parteru ozdobione były malowidłami – freskami, które przedstawiały m.in. widok pałacu w Łazienkach i pomnik Jana III Sobieskiego. Malowidła te znajdowały się w jadalni używanej na co dzień, usunięto je w 1902 roku. Resztę parteru zajmowały pokoje codziennego użytku i sypialnie.

Piętro urządzone na podobnym planie jak parter. Mieściły się tam apartamenty reprezentacyjne, były miejscem gdzie urządzano przyjęcia, bale i rauty oraz przyjmowano dostojnych gości. Znajdowały się tu m.in. jadalnia dla gości i sala balowa. Bogato zdobiona sala balowa w kształcie owalu znajdowała się na styku skrzydeł pałacu w trakcie tylnym. Ściany dzieliło „12 półkolumn mozaikowych ze stiuku marmur naśladującego. Wewnątrz urządzenie było nazbyt okazałe, jak na właściciela ziemskiego by może przystało”- jak opisywał wnuk pierwszego właściciela- Józef Feliks Zieliński. Wspomniane półkolumny w sali balowej dźwigały bogato zdobiony gzyms i belkowanie. Między kolumnami mieściły się arkadowe wnęki. W dwóch arkadach były prostokątne drzwi do sąsiednich pomieszczeń. Sufit Sali zdobił ogromny plafon ukazując egzotyczną roślinność. Motywy roślinne z postaciami z mitologii antycznej ozdabiały też klatkę schodową. Na południowo zachodniej ścianie sali balowej znajdował się piaskowcowy bogato zdobiony półkolumienkami kominek. Nad kominkiem znajdował się fresk przedstawiający uskrzydloną postać przygarniającą dziecko. Podłoga sali balowej wykonana była z klepek dębowych ułożonych w kwadraty. Z okien na piętrze można było oglądać malownicze położenie Luberadza i dolinę rzeki Łydyni. Kilka metrów od południowo- wschodniego narożnika pałacu znajdowała się zbudowana wraz z rezydencją oficyna, która została rozebrana w XIX wieku. Na jej miejscu zbudowano lodownię, którą zburzono w 1945 roku.

Obecny wygląd pałacu w niektórych elementach może się nie zgadzać z powyższym opisem. Jest to wynikiem przebudowy z lat 1870-1880 oraz kapitalnego remontu z 1902 roku, w czasie urzędowania Piechowskich. W 1902 roku  dokonano spłycenia portyku zachodniego  przez wbudowanie ściany i balkonu oraz umieszczenie za nią klatki schodowej, zlikwidowano klatkę schodową w narożniku południowo zachodnim, zmieniono rozmieszczenie i wielkość otworów okiennych (z wyjątkiem frontowej elewacji), usunięto wystrój i malowidła wnętrz (z wyjątkiem sali balowej), wszędzie położono nowe posadzki, założono instalację wodociągową i elektryczną, postawiono również piece kaflowe. W latach 1945-1955 w pałacu mieściła się szkoła, a później magazyn. Później przez dłuższy czas pałac popadał w ruinę. W latach późniejszych pałac został przekazany Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych w Warszawie, a potem był własnością Ministerstwa Budownictwa. Pałac nie był otaczany troską przez powojennych właścicieli. W roku 1989 rezydencję wykupił Henryk Baranowski- Polak zamieszkały w Wielkiej Brytanii. To właśnie jemu zawdzięczamy renowację pałacu, która sprawiła że budowla przetrwała do dziś w nienajgorszym stanie. Henryk Baranowski miał jednak o wiele ambitniejsze plany, chciał utworzyć w pałacu Międzynarodowe Centrum Kształcenia Muzycznego dla dzieci z wadami wzroku. Obok pałacu fundator rozpoczął budowę olbrzymiego gmachu, którym miał się mieścić internat dla dzieci. Nadzieję na całkowitą renowację zabytku i stworzenie Centrum Kształcenia Muzycznego przerwała niespodziewana śmierć Henryka Baranowskiego. Dzięki Baranowskiemu odnowiono pałac z zewnątrz, wnętrze natomiast pozostało w stanie ruiny. Jedynym elementem wnętrz najmniej zdewastowanym jest obecnie sala balowa. Do czasów obecnych pałac w Luberadzu nie został odnowiony, a stanowi niewątpliwie bardzo ważny element historii naszego regionu i zasługuje na kapitalną renowację.

Na koniec warto zwrócić uwagę na otaczający budowlę park. Od południa do pałacu prowadziła aleja dojazdowa porośnięta grabami i lipami, od północy i północnego-wschodu pałac otaczały pola uprawne i łąki. Już w XVIII wieku dwór w Luberadzu otaczał park i owocowy ogród. Po zburzeniu dworu postawiono tam pałac, który do dziś wspaniale komponuje się z otaczającą przyrodą. Obecnie rezydencja i park znajdują się w rękach prywatnych. Park jest dostępny dla obserwatorów a pałac można zwiedzać jedynie z zewnątrz.

Z ciekawostek dotyczących pałacu warto przytoczyć legendę o „Mrocznym Pokoju”. Legenda tyczy się jednej z komnat sypialnych w pałacu luberadzkim.

„Mroczny pokój”

Jak daleko sięgnąć pamięcią, nikt w tym pokoju w pałacu w Luberadzu nie nocował.

Rodzina Piechowskich i ich potomkowie, z pokolenia na pokolenie przekazywali sobie opowieść, jakoby ktoś miał w nim zginąć śmiercią gwałtowną i tragiczną, jeszcze w czasach króla Stanisława Augusta. Pałacowa służba unikała pokoju, nazywając go mrocznym. Unosiła się w nim podobno jakaś szczególna, ciężka i posępna atmosfera.

Pewnego dnia, na długo przed I wojną światową, do mrocznego pokoju zdecydowano się wstawić łóżko. Z Paryża jechała właśnie do Luberadza guwernantka, by synów właścicieli pałacu- Karola i Jana doskonalić w znajomości języka francuskiego. Pokój zaś znajdował się w pobliżu dziecięcej sypialni.

Od bramy parku do pałacu prowadziła aleja starych grabów, niektóre drzewa wciąż jeszcze rosną. I właśnie tą aleją pewnego dnia lekki, angielski powóz przywiózł francuską nauczycielkę, młodą dziewczynę. Po raz pierwszy w życiu wyjechała za granicę i to na bardzo dobrze płatną posadę. Z ciekawością więc, pełna ambitnych planów, rozglądała się wokół. Park wydawał się jej milczący, ciemny i trochę groźny, bryła pałacu zaś wielka i surowa. Jakieś niemiłe uczucie przejęło ją w pewnej chwili chłodem. Nie zwróciła na nie uwagi. Obiad już na nią czekał. Właściciele pałacu –Piechowscy- okazali się bezpośredni i mili. Przedstawiono jej Karola i Jasia, przyszłych uczniów. Wydali się młodej guwernantce inteligentni i dobrze wychowani.

Przed kolacją wybrała się na krótki spacer po parku. Stanęła na mostku, który spinał oba brzegi rzeczki Łydyni. Spojrzała w okna pałacu- w szybach dobijało się zachodzące słońce. A potem poszła do swego pokoju, na piętrze, w lewym skrzydle, by rozpakować rzeczy. Wróciła do niego natychmiast po kolacji, chcąc się położyć wcześnie do snu po długiej podróży. Pierwsza lekcja z Karolem miała się rozpocząć o 8 rano, z młodszym- Jasiem- o 9. Śniadanie wyznaczono na siódmą.

Następnego dnia minęła siódma, potem dziesiąta i jedenasta. Nauczycielka nie wstawała. Karol czekał, śniadanie wystygło. Wreszcie pani domu wezwała do siebie pokojówkę.

-Proszę  sprawdzić, co się dzieje z Francuską. Długo śpi, pewnie zmęczona podróżą.

-Ale przecież zbliża się południe.

Pokojówka zastukała w drzwi pokoju nauczycielki. Nikt nie odpowiadał. Zastukała mocniej, a potem weszła do środka i pochyliła się nad łóżkiem. Po chwili wybiegła blada i roztrzęsiona

-Proszę jaśnie pani- szepnęła, wydobywając z trudem głos ze ściśniętego przerażeniem gardła- ona nie żyje.

Trudno opisać, co się potem działo w pałacu. Zjawił się lekarz. Rozpoczęła śledztwo policja. Stwierdzono śmierć naturalną- atak serca. Nauczycielka była samotna. Pogrzebano ją więc na cmentarzu w pobliskim Dziektarzewie. Smutek ogarnął mieszkańców pałacu, ale i zdziwienie. Dziewczyna była młoda, wesoła, skąd więc ten atak serca? Trzeba było szukać nowej nauczycielki

Tym razem sprawa nie poszła łatwo. Agencja pośrednictwa pracy w Paryżu zaniepokoiła się nagłą śmiercią protegowanej. Próbowała na własną rękę zbadać sprawę. Minęło więc trochę czasu, zanim do Luberadza przyjechała kolejna guwernantka, osoba w sile wieku, doświadczona, która wcześniej poddała się badaniom lekarskim. I oto historia się powtórzyła. Przyczyna śmierci we śnie okazała się równie tajemnicza, mimo iż wcześniej przejrzano dokładnie pokój i pozamykano szczelnie okna. Mowy nie było, by pośrednictwo pracy w Paryżu zgodziło się po raz trzeci wysłać kogoś do Luberadza. Mieszkańcy pałacu usiłowali odgadnąć, co się właściwie dzieje. Podejrzenia skupiły się wreszcie na pokoju.

Tymczasem pewnego dnia, już zimą, przyjechał saniami do Luberadza w gości sąsiad, dawny oficer, odznaczony krzyżem za waleczność w wojnie tureckiej. Słynął z odwagi i siły fizycznej, a także z niewiary w babskie, jak mówił, bajdurzenie o miejscach nawiedzonych. Przybył z psem myśliwskim, z którym prawie nigdy się nie rozstawał. Widząc w czasie kolacji strapione miny gospodarzy, spytał o przyczynę. Powiedziano mu, a wtedy wybuchnął śmiechem.

-Bzdury- zawołał- co za brednie! Współczuję wam, oczywiście, z powodu kłopotów, ale mroczny pokój?...Kochany Kajetanie- tak miał na imię właściciel pałacu- chyba w to nie wierzysz.

Podochocony oświadczył, ze się zmierzy z mrocznym pokojem. Wyzywa go na pojedynek i przegoni mieszkający w nim sekret do wszystkich diabłów. Gospodarze błagali, by odstąpił od eksperymentu. Ale sąsiad się uparł.

-Mam żelazne zdrowie- dowodził- ani mi się  śni umierać. Jutro Nano spotkamy się wszyscy na śniadaniu.

Z niepokojem przygotowano mu więc lóżko. Gość wziął świecę i żołnierskim krokiem pomaszerował do mrocznego pokoju, a za nim pies- duży, groźny ostrowłosy wyżeł, zawsze czujny i gotów do ataku. Przed snem sąsiad wyjął z kieszeni rewolwer. Odbezpieczył i włożył pod poduszkę. Przekręcił klucz w zamku i znów cisza zapanowała w całym domu. Około północy wszyscy zerwali się na nogi. Usłyszeli wycie- zwierzęcy głos rozpaczy i strachu, który nagle się urwał. A równocześnie strzały z rewolweru. Jeden, drugi, trzeci… potem zapadła cisza. Kto żyw, znalazł się przy drzwiach. Były zamknięte. Klucz tkwił w zamku. Z wnętrza nie dochodził już żaden głos. Wyważono drzwi. Na podłodze obok łóżka leżał martwy pies. Gość zniknął. Sprawdzono okna. Okazały się zamknięte od wewnątrz. Ktoś wpadł na pomysł, by otworzyć szafę- olbrzymi mebel z epoki baroku. Skulony z przerażenia siedział w niej sąsiad. W jego oczach tliła się groza. Patrzył na domowników oczami szaleńca.

Od tego czasu pokój zamknięto na głucho i nikt nie miał do niego dostępu. Nigdy go też nie sprzątano. Mijały lata. Gdzieś wreszcie zapodział się klucz od drzwi…



Źródła: P.Libicki, M.Libicki „Dwory i pałace wiejskie na Mazowszu”, „Katalog zabytków sztuki w Polsce”, B. Umińska „W kręgu mazowieckich ziemian przełomu XIX i XX wieku”, A. Borkowski „Miejscowości powiatu ciechanowskiego”, żródła własne.

Opracował na podstawie źródeł- Rafał Dąmbrowski